2010-08-03 22:23:54
Gruzja, Kazbek (5047m n.p.m.)
Gergeti
Mnich już z daleka zaczął wymachiwać rękoma i krzyczeć coś po rosyjsku. Kazał mi zabrać koszulkę, którą płukałem pod wodą wypływającą ze źródła przy klasztorze w Gergeti. „Nie pojemaju, gawarisz pa angielsku?” – udałem, że nic nie rozumiem i grałem na czas. Mnich nie przestawał. „Wsio budziet haraszo” dodałem i nie chcąc więcej niepokoić mnicha, wróciłem szybko do namiotu. Mnisi w Gergeti uważają, że woda ze źródła ma służyć tylko do picia, w żadnym wypadku do prania. To moja przestroga dla wszystkich, nocujących w pobliżu Gergeti. Jeszcze tego samego dnia spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w kierunku Kazbeku. Niestety, w połowie drogi do meteostacji zatrzymał nas ulewny deszcz z gradem…

Kazbek
Stara radziecka stacja meteorologiczna znajdująca się na wysokości ok. 3700m n.p.m., pod którą rozbiliśmy namiot, stała się naszą bazą wypadową do aklimatyzacji oraz zdobycia szczytu. Mieliśmy tam dostęp do wody, oraz piwa. Ciężko było kupić chleb, ale piwo było. Kazbegi – browar raczej z dolnej półki, nazywający się tak samo, jak wioska u podnóża góry. Wewnątrz stacji na korkowej tablicy wisiały banknoty, zostawione tutaj przez poprzednie wyprawy. Był wśród nich nasz Mieszko I na banknocie dziesięciozłotowym. Przed głównym wejściem do budynku stał sporych rozmiarów kamień, przy którym leniwie z dłutem w ręku pracował Gruzin, wykuwający niezrozumiały dla mnie napis. 10 sierpnia 2010 r. przy świetle czołówek o czwartek nad ranem wyszliśmy z bazy. W nocy szło się idealnie. Lód był twardy i zmrożony. O dwunastej w południe stanęliśmy na szczycie. Kazbek jest najwyższym szczytem w okolicy, przez co pogoda w jego najbliższym otoczeniu potrafi zmieniać się błyskawicznie. Tak się właśnie stało. Śnieg przykrył szczeliny na lodowcu i droga powrotna nie przypominała już tej, po której szliśmy nocą. Popędzały nas również odgłosy burzy, która zaczęła tworzyć ponad nami. Wieczorem, odprężeni siedzieliśmy w bazie i cieszyliśmy się udanym wejściem.

Mestia
Wysiedliśmy z marszutki w której stłoczeni w gorącym upale jechaliśmy cały dzień. Znaleźliśmy się na placu w centrum małego miasteczka. Zaczęliśmy poszukiwać kwatery, którą polecili nam Polacy spotkani u Iriny w Tbilisi. Znaleźliśmy wąską uliczkę, która wiła się między domami a średniowiecznymi wieżami na końcu której spotkaliśmy Nanę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy z nią, oraz z jej rodziną. Wieczorami po kolacji, na stół trafiała Cha-Cha. Winogronowa wódka paliła w gardło tak, że ciężko było po niej złapać oddech. A wszystkiemu z obrazu, spokojnie i bez emocji, przyglądał się Święty Jerzy. W przeciwieństwie do nas nie pił, i nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Wznosiliśmy toasty. Za Ushbe. Za Świętego Jerzego. I za pokój, którego tak tutaj brakuje. Ojciec Nany mówił, że dopiero od dwóch lat mają spokój. Wcześniej mącili go Rosjanie i grupy rzezimieszków ukrywających się w górach.

Ushba
W Mestii spotkaliśmy starego gruzińskiego alpiniste. Nakreślił nam na ulotce z biura informacji turystycznej drogę przez lodowiec, która doprowadziła nas do podnóża góry. Opierając się na radzieckiej mapie oraz owej ulotce, wybraliśmy się zobaczyć Ushbę. Kilkakrotnie przyglądaliśmy się ulotce i zastanawialiśmy się, dokąd kieruje nas nierówna kreska naniesiona odręcznie przez Gruzina. Duże niebieskie pole które ma być lodowcem i żadnych znaków charakterystycznych. Nie wiedzieliśmy czy tak rzeczywiście mamy iść, czy to tylko ręka mu drżała ze starości. Gradem, śniegiem, burzą i deszczem – tak zostaliśmy przywitani. Na lodowcu spędziliśmy trzy dni. Niestety, nie było nam dane zobaczyć szczytu. Chmury cały czas przykrywały jego wierzchołek.

Gruzja okazała się bardzo pięknym krajem, a jej mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do Polaków. Ciągle spotykaliśmy się z pytaniami o prezydenta Kaczyńskiego oraz nasze stosunki z Rosją. Kiedy wylatywałem z polski mój plecak ważył jakieś 25 kg. Wracając do kraju, z trudem zmieściłem się w limicie 30 kg, a to za sprawą gruzińskiego wina i czaczy – lokalnej wódki wytwarzanej z winogron.
 
 
~MartaM
2010-08-27 14:36:04

Jest ciężko,niebezpiecznie,czujesz nieprzyjemne zmeczenie ale mimo wszystko kochasz to życie i to co robisz.Sądze,że to jest najważniejsze.Pokonujesz sam siebie,poznajesz siebie.Tak naprawdę to jest piękne.Mało kto ma odwagę by zaryzykować. Nie ma przepisu na życie jakie prowadzisz ale wszystko zalezy od Ciebie jak nim pokierujesz..:)
~Mario
2010-08-13 09:17:23

Amadeo trzym się i walcz!
Nick    
E-mail 
Który teraz mamy rok? 
Komentarz ::
Adres email nie będzie udostępniany.


amadek.com Creative Commons! CC-BY-NC 2006-2017. Strona korzysta z plików cookie.