2010-08-03 22:23:54
Kazbek 5047m n.p.m. - sierpień 2010
Już z daleka zaczął wymachiwać rękoma i krzyczeć coś po rosyjsku. Mnich kazał mi założyć koszulkę, którą akurat szedłem przeprać pod wodą w źródle wypływającym przy klasztorze w Gergeti. „Nie pojemaju, gawarisz pa angielsku?” – udaję że nic nie rozumiem jednocześnie piorąc koszulkę pod wodą. Po chwili uznałem że koszulką jest już wypłukana. Doznałem olśnienia i zrozumiałem. Tutaj nie wolno prać. Nie wiedziałem – spojrzałem na mnicha – przepraszam. Koszulka czysta, więc nie chcą już niepokoić mnicha wracam do namiotu. Nie zdążyłem nawet zrobić kroku a znów słyszę mnicha. „Voĭdite, voĭdite” – mnich dalej nie odpuszczał. „Jak mam voĭdite skoro jest cała mokra?” – w tym momencie mnich machnął ręką i odpuścił. Mnisi w Gergeti uważają że woda ze źródła ma służyć tylko do picia, w żadnym wypadku do prania. Razi ich również pół nagi człowiek spacerujące w okolicy klasztoru. To moja przestroga dla wszystkich wybierających się do Gergeti. Jeszcze tego samego dnia spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w kierunku góry. Planowaliśmy, jednak nie dotarliśmy tego dnia do meteo stacji. Zatrzymał nas deszcz z gradem. Musieliśmy rozbić namiot i przenocować jeszcze przed lodowcem. Baza pod Kazbekiem to dawna radziecka stacja meteorologiczna stąd też popularnie nazywana jest meteo stacją. Mieści się na wysokości 3700m n.p.m. Dotarliśmy tam następnego dnia i rozbiliśmy namiot. Meteo stacja stała się naszą bazą wypadową do aklimatyzacji oraz zdobycia szczytu. Okazało się, że nie jesteśmy tutaj jedyną grupą. Oprócz nas była grupa turecka oraz polska grupa z Krakowa z którą szybko się zaprzyjaźniliśmy. Następnego zaaklimatyzowaliśmy się. Podeszliśmy moreną boczną aż pod śnieżne plateau. Znaliśmy już drogę więc mogliśmy atakować szczyt, co też uczyniliśmy nazajutrz. Wyruszyliśmy o czwartej w nocy i przy świetle czołówek weszliśmy na lodowiec. W nocy szło się idealnie. Lód był twardy i zmrożony. O dwunastej w południe 10 sierpnia 2010 r. stanęliśmy na szczycie. Niestety pogoda zaczęła się psuć. Kazbek jest najwyższym szczytem w okolicy, przez co pogoda w jego najbliższym otoczeniu potrafi zmieniać się błyskawicznie. Na podejściu mogą panować dobre warunki a w okolicy szczytu wprost przeciwnie. Temperatura wzrosła i zaczął sypać śnieg, który zakrył szczeliny na lodowcu. Droga nie przypominała już tej po której szliśmy nocą. Miejscami musieliśmy się przeczołgać, żeby rozłożyć masę ciała na większą powierzchnię tak, aby nie zapadać się w zasypane szczeliny. Szliśmy szybko, chcąc jak najszybciej dotrzeć do bazy. Popędzały nas odgłosy burzy, która zaczęła nad nami tworzyć. Wieczorem odprężeni siedzieliśmy w bazie i cieszyliśmy się udanym wejściem. W drodze powrotnej do Tbilisi spotkała nas kolejna niespodzianka. Samochód którym wracaliśmy utknął przed rozkopaną drogą na której zakładano kanalizacje. „Eta budet objazd?” Gruzińska myśl techniczna nie przewiduje objazdów nawet, jeśli jest to jedyna droga wyjazdowa. Musieliśmy czekać cały dzień, aż prace się zakończą, rury i studzienki zostaną wkopane a wykop zostanie zasypany. Robotnikom kupiliśmy butelkę wódki w zamian za pomoc. Niech dobrze wspominają polaków!

Po kilku dniach jedzenia liofilizatów na górze, rzuciliśmy się na lokalne przysmaki. Nienawidzę gruzińskiego jedzenia. Na ich narodową potrawę chaczapuri, które jest strasznie suche i ciężkostrawne nie mogłem patrzeć. Tolerowałem jedynie khinkali, które trochę przypominało nasze pierogi.

Nie opisywałem tutaj drogi wejścia nas szczyt, gdyż jest mnóstwo opisów w Internecie i w prasie górskiej. Szliśmy drogą klasyczną. Nie mogę powiedzieć że się wspinaliśmy. Chyba że za „wspinaczkę” uznamy chodzenie z kijkami trekkingowymi. Ludzie nadają temu nazwy stosowne do potrzeb ich ego. Wejście na Kazbek poszło nam szybko i sprawnie. Mieliśmy jeszcze czas aby wybrać się do Svaneti, gdzie weszliśmy na lodowiec pod Ushbą. Ta góra okazała się mniej gościnna. Nie mieliśmy nawet możliwości zobaczyć jej w całej okazałości gdyż była zanurzona w burzowych chmurach.

Gruzja okazała się bardzo pięknym krajem a jej mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do Polaków. Gruzinów interesuje sytuacja w Polsce. Ciągle spotykaliśmy się z pytaniami o wybory, prezydenta Kaczyńskiego oraz nasze stosunki z Rosją . Pomijając przygody na lodowcu, góra niczym mnie specjalnie nie zaskoczyła. Kiedy wylatywałem z polski mój plecak ważył 25 kg. Wracając do kraju ledwo zmieściłem się w limicie 30 kg, a to za sprawą gruzińskiego wina i czaczy – lokalnej wódki wytwarzanej z winogron.
~MartaM
2010-08-27 14:36:04

Jest ciężko,niebezpiecznie,czujesz nieprzyjemne zmeczenie ale mimo wszystko kochasz to życie i to co robisz.Sądze,że to jest najważniejsze.Pokonujesz sam siebie,poznajesz siebie.Tak naprawdę to jest piękne.Mało kto ma odwagę by zaryzykować. Nie ma przepisu na życie jakie prowadzisz ale wszystko zalezy od Ciebie jak nim pokierujesz..:)
~Mario
2010-08-13 09:17:23

Amadeo trzym się i walcz!
Nick    
E-mail 
Komentarz ::
Adres email nie będzie udostępniany.
amadek.com all rights reserved! ©2006-2012